wtorek, 25 marca 2014

Urok działa, dopóki ktoś go nie zdejmie

        Czekoladowe ciastka już zawsze miały kojarzyć im się z dniami, kiedy z trudem odpowiadali na proste pytania. Jen przynosiła je za każdym razem, bo kiedy przyniosła je po raz pierwszy, Remus powiedział, że smakują jak te, które podwędzili z hogwardzkiej kuchni w jej trzynaste urodziny, żeby zjeść je na samym szczycie Wieży Astronomicznej. Nie pamiętała już tamtego smaku. Czasem przerażało ją, jak niewiele pamiętała. Jednak kiedy mogła po prostu siedzieć na ganku Remusa w milczeniu, nie przeszkadzało jej to tak bardzo. Nie przeszkadzało jej, że Remus nie chciał o tym wszystkim rozmawiać, bo i ona często nie wiedziała co powiedzieć i nie chciała nic mówić. Wystarczyło jej, że nie udawał. Nie starał się – jak to robił zawsze, od dziecka – zagrzebywać tego co najgorsze w najciemniejszych zakamarkach umysłu, nie mówił jej, że jest lepiej, nie ukrywał, że zdarzało mu się płakać nad ręcznie narysowaną kartką świąteczną i nad brzydkim kubkiem do herbaty, który Rose dała mu bez okazji i że nie potrafił znieść jej ulubionej piosenki i widoku dziewcząt z kwiatami wplątanymi we włosy. Nie oszukiwał mówiąc, że nigdy nie zdarza mu się myśleć, że gdyby nie on… I nie przerywał, kiwał głową ze zrozumieniem, kiedy to ona mówiła: "a gdyby nie ja, gdyby nie to wesołe miasteczko…". Czasem czuli się jak dwójka osieroconych dzieci.
        Dopiero po kilku tygodniach Jen powiedziała zdanie, pod wpływem którego Remus podniósł na nią wzrok i uważnie przyjrzał się jej twarzy. Nie dlatego, bo był zaskoczony. Dlatego, bo determinacja w jej głosie przyniosła mu ulgę.
 
        - Wstępuję do Zakonu. Ja i Will.
         To Will okazał się uzdrowicielem. Czasem było jej przy nim wstyd, bo przecież widziała wtedy jego twarz, bladą i przerażoną, skażoną koszmarem; to przecież on był wtedy w piekle, to jego ubranie przesiąknęło trującym dymem, to on stracił na zawsze słodycz wspomnień z dzieciństwa i perspektywę (w którą zawsze zawsze wierzył, była przecież jedną z niewielu pewnych rzeczy) bycia blisko z tą rodziną, z którą nie łączyły go żadne więzy krwi. Tak jak i oni wszyscy nie wierzył, że będzie potrafił kiedykolwiek znaleźć w sobie wystarczająco odwagi, by stanąć na dwóch nogach i znów być sobą; a jednak potrafił, był najsilniejszy z nich wszystkich, silniejszy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, był niezniszczalny. Często miał podkrążone oczy, czasem zamyślał się i miał w sobie powagę, której kiedyś u niego nie było, a jednak wciąż potrafił się uśmiechać. Uśmiech, ten uśmiech, który zawsze był jego znakiem rozpoznawczym, wciąż gościł na jego ustach, niekłamany, dodający otuchy, wiary w nie tylko to, że czeka ich jakieś jutro, ale także w to, że to jutro będzie lepsze. W tajemnicy codziennie odwiedzał mały grób, składał obietnice i wymieniał listy z kuzynem Rose; każdy otwierał z nadzieją, że przeczyta w nim w końcu, że Rose nie potrzebuje już eliksiru uspokajającego, że znajdzie w nim słowa, które pokryją się z listami, które tak rzadko dostawał od niej. Nie liczył na ozdrowienie, liczył na normalność. I nie miał już nigdy pozwolić, by jakaś rodzina przeżywała to samo. Bo i on, mimo wszystko, nie potrafił się uwolnić od myśli "a gdyby…". Gdyby wiedział więcej, gdyby umiał więcej, może udałoby mu się coś zrobić, może natychmiastowa reakcja, pomoc uzdrowiciela zmieniłaby wtedy wszystko. Może te kilkanaście sekund miało znaczenie. Will miał jednak wystarczająco siły, by te myśli nie przygniatały go do ziemi i nie wyciskały łez z oczu; potrafił przekuć je w konkretne działanie. Nie będzie już bierny, nie będzie bezbronny. Będzie zawsze w pogotowiu.



        - To nie jest zabawa. Dumbledore wymaga bezwzględnego posłuszeństwa, nie ma miejsca na samowolkę i obrażanie się. Każda niesubordynacja to ryzyko. Brak zaufania, zanegowanie rozkazu może skończyć się śmiercią. Twoją, innego członka, osób postronnych. Ktoś, kto nie bierze tego wszystkiego poważnie, nie powinien być członkiem Zakonu.

        Syriusz na samo wspomnienie tych słów prychnął i rzucił uświnioną smarem szmatę na bruk. Udało mu się odebrać Betsy od Potterów i teraz miał ją przy sobie, stała pod daszkiem w rogu dziedzińca, a on mógł oddawać się jednej z największych przyjemności świata – konserwacją jej zastałych części. Całe szczęście, bo gdyby nie miał zupełnie niczego sensownego do roboty, prawdopodobnie zrobiłby coś, czego mógłby żałować o wiele bardziej niż tego nieszczęsnego nie stawienia się na jedno z wielu zebrań Zakonu. Wciąż był zły, chociaż od reprymendy minął już ponad tydzień. Wciąż był zły, bo James został wyznaczony do pierwszej misji (absolutnie ściśle tajnej, co jeszcze bardziej go irytowało), a on został całkowicie odsunięty od akcji. Wciąż był zły, bo nie pamiętał już nawet czy było warto, czy tamtego popołudnia rzeczywiście udało mu się znów poczuć, że żyje. Nie było przecież w nim niczego niezwykłego.
        - Łap, skowronku! – Usłyszał za sobą radosny głos, na dźwięk którego odruchowo się odwrócił; w tym samym momencie dostał w czoło puszką z zimnym napojem, która zaraz upadła na ziemię i potoczyła się się po bruku. James przywołał ją do siebie (co sprawiło mu problem, bo jednocześnie śmiał się tak głośno, że firanka przy oknie na najwyższym piętrze poruszyła się) i rzucił raz jeszcze, tym razem Syriusz złapał ją w locie i przyjrzał się etykietce.
        - Lemoniada?
        - Nie będziesz chyba dobierał się do niej po pijaku, co? – zapytał James, wymownie wskazując brodą na motocykl. Przysiadł na schodkach i otworzył swoją puszkę. – Jak idzie?
        Syriusz, który odrzucił puszkę pod ścianę i był właśnie w trakcie odkręcania śruby przy sprzęgle, wzruszył ramionami.
        - Czyszczę, smaruję. Żadna filozofia – odparł i jakby na potwierdzenie swoich słów zaskakująco delikatnym ruchem ściągnął linkę, by móc ją nasmarować.
        James poprawił okulary na nosie i kiwnął głową; nigdy nie rozumiał tej fascynacji i nigdy nie próbował jej negować, ot, dziwactwo jakie ma każdy z nas. Rozparł się wygodnie na schodach, kątem oka dostrzegając w oknie twarz młodej sąsiadki Syriusza, która udając, że jest zajęta czym innym, raz po raz rzucała na niego okiem. Biedna dziewczyna.
        - Pete dostał pracę w sklepie ze słodyczami.
        - Musi być wniebowzięty – mruknął Syriusz, ze skupieniem aplikując olej na linkę, tak jakby była to najbardziej zajmująca czynność na świecie.
        - Wspominał coś o Zakonie.
        A jednak nie do końca najbardziej zajmująca na świecie, bo słysząc tę nowinę, Black przerwał pracę by spojrzeć na przyjaciela. Jego zdziwienie nie znalazło jednak odbicia na twarzy Jamesa, który wzruszył jedynie ramionami.
        - Byłem pewien, że nie będzie chciał się w to pchać.
        - Może zmienił zdanie – zasugerował Potter i wziął łyk ze swojej puszki. - W sumie byłoby fajnie. Znowu bylibyśmy we czwórkę i w ogóle.
        - W sumie – odparł cicho Syriusz i znów zajął się motocyklem. Przez chwilę obaj milczeli, Black zajęty przykręcaniem sprzęgła, James uważnie obserwujący jego ruchy, jakby zastanawiając się nad czymś głęboko.
        - W sumie to w piątkę – odezwał się w końcu. - Jen też zmieniła zdanie.
        Ręce Syriusza zastygły w bezruchu.
        - Skąd wiesz? – zapytał, nie podnosząc wzroku. James machnął niedbale ręką, próbując zamaskować fakt, że nagle zaczął żałować, że podjął ten temat.
        - Coś tam wspomniała – mruknął tonem, który miał komunikować, że nie miało to znaczenia. - Miałem ci nie mówić.
        - Dlaczego? – zapytał, patrząc wprost na Jamesa. - Ona ci zabroniła?
        - Może chciała ci sama powiedzieć czy coś. - Ton Jamesa nie mógłby być już chyba bardziej niedbały i lekceważący. - Same kłopoty z tymi dziewczynami. Lily jest na mnie obrażona.
        Obaj z ulgą przywitali tę zmianę tematu. Syriusz spojrzał na niego kątem oka i uśmiechnął się.
        - Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, co? Co tym razem? - dopytał, doskonale wiedząc, że James wcale nie potrzebuje bycia dopytanym, by wyrzucić z siebie całą negatywną energię. Właściwie to potrzebował tylko kogoś, kto kiwnąłby od czasu do czasu głową, dając znak, że słucha. A Syriusz w gruncie rzeczy naprawdę lubił go słuchać.
        - Byliśmy na podwójnej randce. Ja i Lily, jej siostra i jej przyszły mąż. Taki wieczór zapoznawczy czy coś. Koleś – straszny sztywniak, nie wyobrażasz sobie! Uśmiechnął się tylko raz, jak kelner wydał mu za dużo reszty. Zapytał mnie, jakim jeżdżę samojazdem, więc opowiedziałem mu o mojej miotle, a potem pokazałem jedno czy dwa zaklęcia. Myślałem, że będzie zabawnie
, a on zrobił się cały czerwony i zaczął wrzeszczeć od rzeczy. Skąd mogłem wiedzieć, że zareaguje jak kompletny świr? 
        Syriusz parsknął śmiechem. W takich chwilach zdawał sobie sprawę, że spotkanie na swojej drodze Jamesa musiało być jedną z lepszych rzeczy, jakie mu się w życiu przytrafiły.
        - Nie przyszło ci do głowy, że istnieje jakiś powód, dla którego ukrywamy się przed mugolami?
        - Ale to prawie jak rodzina! - zawołał James, a Black spojrzał na niego z niemal czułym uśmiechem.
        - Uwielbiasz uczyć się na własnych błędach, co?

        James jakby wcale nie usłyszał.
        - W każdym razie mam zamiar jeszcze z nim pogadać i naprostować co nieco. Jak nie da rady po dobroci, to za pomocą różdżki.

        Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
        - Powodzenia, stary.



       Obracała w palcach srebrny pierścionek, który ostatnimi czasy uczepił się jej świadomości i nie pozwalał o sobie zapomnieć, ciążąc na palcu niczym kawał ołowiu. Czasem nie mogła zasnąć w nocy, rozmyślała tylko o tym, jak wiele mogłaby zrobić, jak wielu ludziom pomóc, a przecież teraz, właśnie teraz, był moment, kiedy potrzebowali pomocy bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy, jeśli nie teraz, należało sięgać po taką moc, by ludzi posklejać na nowo, uleczyć, ukoić? Mogła to zrobić. Mogła, a ta możliwość była największą torturą, podsycaną strachem i niewiedzą. Potrzebowała informacji, potrzebowała kogoś, kto rozstrzygnie za nią, co powinna zrobić. Postanowiła zaczerpnąć informacji u źródła. Pomyślała o Burnsie, ale zaraz potem roześmiała się na własną głupotę. Burns wiedział najwięcej i powiedziałby jej całą prawdę, ale tylko pod warunkiem, że będzie to w jego interesie. Nie było. Wciąż miała w pamięci zimne spojrzenie mężczyzny, obu mężczyzn, ojca i syna, kiedy natrafiali na opór. Przerażało ją to. Obawiała się ich milczenia, wyobrażała sobie jak knują przeciwko niej, jak próbują ją podejść, a może nawet już wymyślili sposób i właśnie teraz wprowadzają go w życie.
        Odrzuciła od siebie ponure myśli i weszła do małej kawiarenki. Uśmiechnęła się na widok mężczyzny czekającej na nią przy stoliku w rogu, uśmiechnęła się odrobinę szerzej, gdy zobaczyła, że zamówił dla niej pucharek z lodami i posypką w kształcie gwiazdek i dinozaurów.
        - Dzień dobry, panie Brooks. – Opadła na krzesło naprzeciwko niego. Spojrzała w jego jasnoniebieskie oczy i nagle poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Spotykała się z nim całkiem za plecami ciotki, sama nie potrafiąc odpowiedzieć na pytanie dlaczego ukryła to przed nią w tajemnicy. A Terry był na tyle pełen zrozumienia, że nawet o to nie zapytał.
        - Cześć, Jen. Jak się masz?
        - Do...
        - Naprawdę chcę wiedzieć – przerwał jej szybko, patrząc na nią z troską. Przygryzła wargę, niepewna co odpowiedzieć.
        - Bywało lepiej.
        Podsunął w jej stronę pucharek, a ona nagle poczuła się jak mała dziewczynka i zachciało jej się płakać. Odchrząknęła, by lepiej panować nad głosem.
        - Mam kilka pytań.
        - Jasne. – Terry kiwnął głową, nie pytając, dlaczego zwraca się z nimi bezpośrednio do niego. Do tej pory to Alex była pośredniczką, czyżby Jen nie ufała jej na tyle, by wierzyć, że informacje nie były cenzurowane? Czyżby miała coś do ukrycia przed ciotką, chciała coś zrobić bez jej wiedzy? Jakkolwiek brzmiał odpowiedź, Terry uważał, że miała do tego pełne prawo, dlatego też nie wahał się wcale, kiedy dostał od niej sowę z prośbą o spotkanie.

        Jen przez chwilę bez słowa przyglądała się gwiazdozbiorom rozsypanym po bitej śmietanie, ich sąsiedztwo z tyranozaurami i triceratopsami wydały jej się nagle zupełnie absurdalne, zupełnie jak cała ta sytuacja. Postanowiła więc nie przedłużać i od razu przejść do sedna. Zdjęła pierścionek i położyła na stoliku pomiędzy nimi.
       - Jak go uaktywnić?

       Terry potarł dłonią nieogolony policzek i przyjął ton, który przyjmował zawsze, kiedy komuś coś tłumaczył.
       - Teoretycznie nic prostszego. Bierzesz do ręki, wybierasz osobę… Hej, nie rób tego teraz! – Złapał ją za rękę, by ją powstrzymać. – Wybierasz osobę, patrzysz jej w oczy i jest twoja. Nie działa na odległość. Tylko tyle potrafię ci powiedzieć, ale ciągle nad tym pracuję. Nie dotarłem jeszcze do żadnego użytkownika ani byłego użytkownika, co jest niepokojące, Jenny – zaakcentował. – Nieważne co się dzieje, nie warto bawić się takimi rzeczami. Najlepiej ukryj go gdzieś, sama przed sobą - zakończył, a ona spojrzała na niego z zaskoczeniem. Nie trwało to dłużej niż kilka sekund, ale gdy tak wpatrywała się w jego twarz, dotarło do niej, że on wszystko rozumie i nagle poczuła się odrobinę lepiej.

        Wciąż jednak były pytania, które nie dawały jej spokoju.
        - Czy jeśli ktoś, kto go użył umrze, czy skutki są dalej odczuwalne?
        - Urok działa, dopóki ktoś go nie zdejmie.
        - Jak rozpoznać, że ktoś tego użył?
        - Nie da się.

        - Znał pan moją matkę? - Pod wpływem tego pytania, rozjaśniającego nagle cały tok jej rozumowania, Terry spojrzał na nią z zaskoczeniem, szybko jednak opanował się i pokręcił głową. Jen przygryzła wargę. Wyglądało na to, że mimo wszystko będzie musiała spotkać się z Burnsem.
      


        - Nie obchodzi mnie to, nie chcę tego dziwadła na moim weselu!
        - Petunia!
        Pani Evans traciła nadzieję na to, że uda jej się zapanować nad sytuacją, uspokoić starszą córkę, udobruchać młodszą, pogodzić je obie. Spojrzała rozpaczliwie na Lily, która siedziała na fotelu w salonie, pozornie spokojna, ale jej zacięta mina nie zapowiadała nic dobrego. Prawdopodobnie sprawa była już przesądzona, a ona, ich matka, czuła się zupełnie bezradna.
        - Boże, Vernon myśli, że jesteśmy rodziną psycholi! – wypaliła jeszcze Petunia histerycznie, co przelazło czarę goryczy. Lily podniosła się i spojrzała zimno na siostrę.
        - Mój chłopak nie jest żadnym dziwadłem ani psycholem - wycedziła. - Jeśli nie chcesz jego, mnie też tam nie będzie.
        - Lily! – zawołała z rozpaczą pani Evans, a Lily spojrzała na nią, w jej oczach przez sekundę zabłysły łzy, ale powstrzymała je.
        - Nie, mamo! Mam dosyć! Nie będę już dłużej znosić jej fochów! Nie wstydzę się tego, kim jestem ani kogo kocham! - Nagle zwróciła się do Petunii. - A jestem czarownicą! Cza-ro-wni-cą, Tuniu, tak jak mój chłopak! – wrzeszczała na cały dom jak opętana, wyciągając skądś różdżkę. Petunia patrzyła na nią z przerażeniem, pani Evans była blada jak duch. - Nie potrzebuję twojego błogosławieństwa, przestało mi zależeć! – wysyczała w kierunku siostry i wyszła z domu, ostentacyjnie trzaskając drzwiami.

        Serce waliło jej jak młotem, chciało jej się wrzeszczeć i płakać, i zupełnie nie wiedziała dokąd idzie, dopóki nie zrozumiała, że jest tylko jedno miejsce, do którego może - i musi - się teraz udać. Była głupia i powiedziała mu wtedy kilka słów za dużo, kilka okropnych słów za dużo, a on przecież nigdy, przenigdy na nie nie zasłużył. Udało jej się uspokoić zanim dotarła do domu porośniętego bluszczem. Zapukała do drzwi, które otworzyły się prawie natychmiast.          
        - Lily? Co się dzieje? - James patrzył na nią ze strachem i jakby odruchowo złapał ją za rękę.
        - James, przepraszam. To wszystko moja wina. To znaczy twoja też, ale najbardziej Petunii. I moja. - Trochę plątała się w tym wszystkim, ale wcale jej to nie przeszkadzało uśmiechać się do niego łagodnie. - Nie zauważyłam, że znowu próbuję resuscytować trupa.
        - Co robić? – zapytał, zupełnie nie rozumiejąc ani jej obecności, ani słów, a ona miała ochotę się roześmiać i zatańczyć z nim na trawniku.
        - Nieważne. To nie miało sensu. I to nieprawda, że przez ciebie tracę ludzi, na których mi zależy. Tracę tylko tych, którym nie zależy na mnie. I dzięki tobie zaczynam to dostrzegać.

        James był tak oszołomiony, że zupełnie nie wiedział co powiedzieć.
        - Boże, Lily, co się stało? Skąd to wszystko? - zapytał zszokowany, a ona wzruszyła ramionami.

        - Ślub mojej siostry odwołany.
        Potter poczuł, że nogi trochę się pod nim ugięły i zaschło mu w ustach. Zrujnował marzenia na przyszłość i związek siostry Lily, a ona mówiła mu o tym z uśmiechem, tak jakby wszystko było w porządku. Czy on śnił? Na wszelki wypadek się uszczypnął. Zabolało, więc wychodziło na to, że musiał teraz wszystko odkręcić.
        - Co? Przeze mnie? Przecież ja tylko… Mam zamiar to wszystko…

        Złapała go za koszulę i przyciągnęła do siebie, zamykając mu usta krótkim, miękkim pocałunkiem. Nawet nie poprawił przekrzywionych okularów. To wszystko to było dla Jamesa zdecydowanie za dużo.
        - Nie przez ciebie, głupku. Ślub się odbędzie. Tylko my na niego nie idziemy.



        Podobno nie ma na świecie ludzi niezastąpionych, ale niektórych jakoś trudno zastąpić i trochę żal to robić, choćby nawet bardzo by się chciało i miało kilka kandydatek na to miejsce. Syriusz zdecydowanie miał, ale jakoś nie potrafił cieszyć się towarzystwem i zainteresowaniem ślicznych, uśmiechniętych dziewczyn. Czasem się z nimi umawiał, ale wydawały mu się nieciekawe, wszystkie takie same, każda niewystarczająca, bo każda przyrównywana w myślach do jednej. Mógł je pocałować, a pocałunek byłby przyjemny, ale to wszystko. Czasem zamykał oczy i wyobrażał sobie co by było, gdyby, a potem czuł się tak głupio, że prychał suchym śmiechem. Obiecał sobie, że nie wykona już kroku. Miał swoją dumę, która i tak nadwyrężył kilka razy za wiele. Niech będzie, co ma być.
        Chociaż może jednak dałoby się wrócić do Hogwartu?
        Po jakimś czasie dotarł do momentu, całkiem słodkiego momentu, kiedy zdawało się, że wszelkie uczucia ostygły, wszystkie poza urażoną dumą, która oddała władzę rozumowi; Syriusz uznał, że było mu już wszystko jedno i wcale jej nie wyglądał. Wpatrywał się w oczy ładnych dziewczyn w pubach i był pewien, że już jej nie potrzebował. I właśnie wtedy, kiedy był tak pewny siebie, a na dworze dął wicher i szalała ulewa, stanęła na progu jego mieszkania z butelką rozgrzewającego pitnego miodu i przemoczonymi włosami. Zadrżała z zimna, choć – wbrew rozumowi, który w jednej chwili stracił swoją władzę - wolał myśleć, że z emocji.
        - Mam nadzieję, że nie natknę się na żadną nagą piękność z dużym biustem – powiedziała, stając na palcach by zajrzeć ponad jego ramieniem do jego mieszkania. Chciał, ale w pierwszej chwili nie umiał wcale zażartować. Gorycz, z jaką jej odpowiedział sprawiła, że sam sobie wydał się żałosny i obrzydliwy.
        - Trochę ci to zajęło.

        Jej chyba nie, bo spróbowała raz jeszcze:
        - Czy to moja wina, że mieszkasz w środku pieprzonego labiryntu? – zapytała retorycznie, ale jej lekki ton i uśmiech zniknęły bez śladu, kiedy wcale nie odpowiedział. - Przepraszam. Wiem, że zawiodłam. Znowu. Nie chcę żebyś myślał, że nie tęskniłam.
         - Nie musiałaś tęsknić. 

         Wystarczyło przyjść, przecież drzwi zawsze były otwarte, przecież nie miała daleko, przecież czekał.
         - Trochę musiałam - odparła, wchodząc do mieszkania i rozglądając się ciekawie po wnętrzu. Woda skapywała z jej mokrych włosów na podłogę. - Ile dziewczyn było tu przede mną? Nie kłam. Nie będę zazdrosna.

         - Więc po co miałbym mówić?
         Rzucił ją w głowę miękkim ręcznikiem, a ona uśmiechnęła się i wtuliła w niego zaróżowiony od zimna policzek. Mogłaby oczywiście łatwo wysuszyć włosy zaklęciem, od zawsze jednak wolała wycierać je ręcznikiem i doskonale o tym wiedział, choć nigdy mu tego przecież nie powiedziała. Syriusz nie przyznałby się nawet gdyby ktoś potraktował go cruciatusem, ale trochę go to rozczulało.
         - Okej, będę. Obiecuję. Ile?
         - Przestałem liczyć na ósmej.
         - Tak szybko?
         Kolejną rzeczą, do której nigdy by się nie przyznał było to, że zabolał go ten jej lekki ton; tak jakby nie miała nic przeciwko, jakby nie miała zupełnie tej palącej potrzeby wyłączności, tak jakby wcale jej nie zależało. A może po prostu wiedziała, że blefował.
         - Znudziło mi się.
         - Liczenie czy bycie rozwiązłym? – zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi, więc odchrząknęła tylko z pewnym zakłopotaniem. 

         Oboje weszli do kuchni i usiedli przy stole, popijając ze szklanek miód, wpatrywali się w swoje twarze i wsłuchiwali w krople deszczu uderzające o szybę. Syriuszowi zdawało się, że mógłby tak siedzieć do końca świata, tylko przyglądając się jej zaróżowionym policzkom i (z każdym łykiem miodu) coraz bardziej błyszczącym oczom. Był tak upojony i najwyraźniej tak zakochany, jak chyba nigdy wcześniej. I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, nie miał nic przeciwko temu.
         – Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć, zanim stanie się faktem. - Ciszę przerwała Jen, choć Syriusz wolałby, by tego nie robiła. - Wstępuję do Zakonu.
         Uśmiechnął się delikatnie, a Jen trochę (przez chwilę, dopóki nie przypomniała sobie, że James był mimo wszystko okropnym plotkarzem) zdziwił zupełny brak zaskoczenia. 

         - Fatalnie - mruknął, brodę opierając na dłoni, a w jego szarych oczach błyszczało rozbawienie. - Zawsze wierzyłem, że kiedyś jednak będziemy razem.
         - Bardzo śmieszne - odparła, strofując go, ale na niewiele się to zdało, bo Syriusz wciąż spoglądał na nią niczym rozbawiony szczeniaczek. - Mówię poważnie, dołączam do gromadki. Razem z Willem.
         Te słowa były jak lodowaty prysznic i w sekundę ochłodziły powietrze pomiędzy nimi, po atmosferze błogiej wesołości nie było już ani śladu. Syriusz natychmiast się wyprostował. A więc dlatego nie chciała powiedzieć mu wcześniej i zostawiła tę nowinę na ostatnią chwilę. A więc dlatego nie mogła znaleźć dla niego czasu. Czy Taylor już zajął jego miejsce?

         - Nie bądź zły.
         - Nie jestem.
         - Wiem, że jesteś - zaczęła miękko, sięgając ponad stolikiem po jego dłoń, ale bez skutku. - Nie chcę żebyś myślał, że Will jest dla mnie ważniejszy od ciebie.

         Spojrzał na nią bystro i podejrzliwie.
         - A nie jest?
         Gdyby w tym momencie zaprzeczyła, wybaczyłby jej na miejscu. Ale ona nie miała zamiaru tego robić.
         - Obaj jesteście ważni! Nie każ mi wybierać - poprosiła i właśnie ta jej prośba sprawiła, że zezłościł się jeszcze bardziej.
         - A właściwie dlaczego nie?
         - Bo to nie po przyjacielsku.
         - Merlinie w niebie! Jen, jaka ty jesteś głupia! To, że mnie olałaś, to jedno, ale że spędzałaś ten czas planując swoją przyszłość z tamtym dupkiem i teraz radośnie mi to oznajmiasz? Nawet nie chcę tego rozumieć!

        Limit cierpliwości i wyrozumiałości Jen - i tak już nieco nadwyrężony - w tym momencie oficjalnie został przekroczony. Uderzyła pięścią w stół, szklanki aż zadrżały.
        - Ja ciebie olałam, ty egoistyczny palancie, zakuta pało ty?! Nie masz pierdolonego pojęcia, jak było źle! Nie było cię! James był, Will był, ciebie nie, a teraz masz jeszcze czelność mieć do mnie pretensje, patafianie skończony!?
        - Ale ja byłem, byłem przecież! Pisałem, nawet…
        - Nawet co? Nawet stchórzyłeś przed moim domem dwa razy? Nawet nie miałeś odwagi pogadać po pogrzebie? Jeśli tak to ma wyglądać, to ja cię nie potrzebuję!
 
        Jen usiadła z powrotem, Syriusz zacisnął dłoń na krawędzi stołu i przez chwilę się nie odzywał. W końcu jednak podniósł wzrok i spojrzał na nią wściekle.
        - Więc co tu jeszcze robisz? – warknął ze złością. - Leć do Taylora!
        Jen westchnęła ciężko i odchyliła się na krześle, patrząc na Syriusza z niesmakiem.
        - Leć do Taylora, serio? Ile masz lat, dwanaście? – zapytała, patrząc na niego na wpół kpiąco, na wpół pobłażliwie, a on zupełnie nie wiedział co odpowiedzieć, zaskoczony nagłą i niespodziewaną zmianą tonu rozmowy. – Nigdzie się nie wybieram, obiecałam sobie, że nie wyjdę stąd wściekła.
       - Co?
       - Oprócz emocjonalnych masz też problemy ze słuchem? – zapytała, pochylając się nad stołem w jego kierunku. – Na zewnątrz jest wojna, głąbie, nie mogę wyjść niczym obrażona księżniczka po tym, jak pod wpływem twojej głupoty palnęłam, że cię nie potrzebuję.
       Zamrugał. Przez chwilę wpatrywał się w nią w osłupieniu, w końcu jednak chyba zrozumiał, bo rysy jego twarzy zmiękły. Potarł palcami drobne skaleczenie na brodzie i dał sobie jeszcze kilka minut po to, by tylko na nią patrzeć.
       - Wiem, wiem, nie musisz mówić - weszła mu w słowo, kiedy w końcu otwierał usta by coś powiedzieć. - Jestem cudowna i kochasz mnie z całego serca.
       Uśmiechnął się przekornie.
       - Właściwie to chciałem powiedzieć, że skoro nigdy nic nie wiadomo i możemy się więcej nie zobaczyć, powinniśmy wziąć wspólny prysznic.
       Roześmiała się.
       - Śnij dalej, Black.
       Taki z grubsza miał zamiar.